Arthur Dove
Ojciec chce, żeby Arthur został bogatym prawnikiem. Ale za namową sąsiada dziewięcioletni urwis czmycha do lasu, nad jezioro albo chowa się za stodołą i zapamiętale rysuje. Wkrótce zostaje ilustratorem poczytnych magazynów i pionierem abstrakcjonizmu w Stanach Zjednoczonych. Ojciec dostaje szału, a sąsiad szelmowsko się uśmiecha. W końcu to jego robota!
Na pozór Newton Weatherby jest zwykłym rolnikiem z Genevy pod Nowym Jorkiem. Sadzi ziemniaki, pieli pomidory, brudzi ręce w polu. Ale gdy tylko po całym dniu orki zrzuca gumofilce, pokazuje swoje drugie oblicze: wielkiego miłośnika przyrody i sztuki. To on rozbudza u Arthura naturalistyczne pasje, wytycza jego artystyczną drogę, broni go przed chorobliwą ambicją ojca i nie pozwala na zmarnowanie prawdziwego talentu. To on zabiera go na wyprawy i pokazuje mu życie. Te drzewa, muszle, koła zębate, maszyny do szycia, chmury, barki na jeziorze Seneca, te zegarki, pończochy, ogrodowe rękawice, widły i krowy. Motywy zaobserwowane podczas wspólnych eskapad przewijają się we wszystkich obrazach Arthura, a z czasem zyskują coraz żywsze kolory, coraz bardziej abstrakcyjne formy – to podpatrzone u fowisty Henriego Matisse’a, to wypracowane własną kolażową intuicją.
Arthur Dove debiutuje ze swoimi rewolucyjnymi dziełami w 1912 roku, w nowojorskiej galerii „291” Alfreda Stieglitza. Ma 32 lata, święci triumfy i klepie biedę. Na wsparcie rodziców nie może liczyć, bo ci, pomimo niepodważalnych sukcesów, uważają go za syna marnotrawnego i wielkie rozczarowanie. Lecz Arthur woli jeść suchy chleb, mieszkać w ruderze bez prądu, a zziębnięte dłonie ogrzewać serdecznym wspomnieniem starego Newtona. Za nic nie porzuciłby sztuki dla ojcowskiej wizji kariery, z którą nigdy nie było mu po drodze…
Zdjęcia: domena publiczna
Copyright © Heuro. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone







