Cały Andrzej! Początek

MILA LIMBA

Cały Andrzej! Początek. © Marta Orciuch

Szef zeskoczył z drabiny i spojrzał w górę.

– No, gotowe!

Na gałęzi łopotała wyrwana z zeszytu kartka. Wysmarowane kawałkiem węgla litery informowały o otwarciu nowego sklepu z oświetleniem, zachwalając szeroki wybór lamp i miłą obsługę. To napisał Szef. Ja pod tym drugim dopisałem ołówkiem „zazwyczaj”. Lepiej nie przesadzać z obietnicami.

– Jesteś pewien, że nie odleci? – spytałem, nasuwając kaptur na głowę. Wiatr wzmagał się z każdą minutą.

– Nie odleci. – Szef pokręcił stanowczo głową. – Mocno zawiązałem sznurek. A teraz chodź, bo zimno. Zaczekamy na klientów w środku.

– Skoro tak mówisz.

Złożyłem drabinę i podążyłem za nim. Zanim weszliśmy do sklepu, obejrzałem się za siebie. Kartka zdecydowanie rzucała się w oczy. Szef wybrał dobrą gałąź.

– A co, jak zacznie padać? – zmartwiłem się.

– Nic się nie bój. Dobrze zaimpregnowana.

– Czym?

– Lakierem do włosów. Podwędziłem żonie – sapnął Szef z zadowoleniem i rozsiadł się na krześle za ladą.

Pokiwałem głową z uznaniem i rozejrzałem się po sklepie. Wszystko było gotowe.

Na środku stało nasze centrum dowodzenia: szeroki blat, a za nim półki z równiutko ułożonymi pudełkami żarówek. Od tych najprostszych przez wersje do celów specjalnych i dekoracyjnych po modele dla koneserów. Mieliśmy nawet promienniki do nagrzewania kurczaków.

Po lewej ciągnęły się regały z lampami o drewnianych podstawach i papierowych kloszach. Każda została osobiście zaprojektowana i wykonana przez Szefa, z precyzją i oddaniem godnym prawdziwego miłośnika oświetlenia. Od początku do końca wszystko robił sam. Gdy pytałem, czy potrzebuje pomocy w warsztacie, zawsze stanowczo odmawiał. Żarówki też upierał się polerować własnoręcznie.

We wnęce pod przeciwległą ścianą Szef zaaranżował przytulny kącik, w którym ustawił dwie zielone kanapy, stolik i kilka lampek. „To dla niezdecydowanych klientów” – wyjaśnił. – „Żeby ich nogi nie rozbolały od myślenia”. Ja z kolei uznałem, że to całkiem wygodne miejsce na rozprostowanie pleców, gdyby akurat żaden kupujący nie miał potrzeby sadzać tam zadka.

Czwartą ścianę, naprzeciwko lady, w większości zajmowało duże okno wystawowe. Do moich obowiązków należało aranżowanie w nim dekoracji, która miała się zmieniać dwa razy w miesiącu. Obok były drzwi wejściowe, lekkie i przesuwne, tak by nikt nie miał problemu z ich otwarciem. Ustaliliśmy zresztą, że w ciepłe dni w ogóle nie będziemy ich zamykać.

Teraz jednak wyraźnie nadciągała już jesień, a dzień zapowiadał się deszczowo i wietrznie. Szef zadecydował, że taka aura jest wprost idealna na wielkie otwarcie naszego sklepu.

I nie mylił się, bo wraz z pierwszymi kroplami deszczu do środka wtargnął pierwszy klient. Dosłownie. Wpadł jak burza i energicznie zasunął za sobą drzwi, zziajany z wysiłku.

– Dzień dobry. Czy wszystko w porządku? – spytał Szef uprzejmie, wstając z krzesła, a ja skinąłem przybyszowi głową na powitanie.

– W… porządku. – Mężczyzna machnął ręką i zaczerpnął tchu. – Macie świecące parasole? Podwójny poproszę! Z Edisonowską żarówką! – wydarł się.

– Oczywiście. – Szef uśmiechnął się łagodnie i przyjął ode mnie elegancki parasol oświetleniowy, który podałem mu z półki. – Należy się 30 banknotów. Zapakować?

– Nie trzeba. I tak zaraz go użyję – wymamrotał zniecierpliwiony klient, kładąc odliczone pieniądze na ladę. – Przecież mi się pies załamie, jak mu deszcz zmoczy nowe buciki! – wykrzyknął i wybiegł na zewnątrz, otwierając parasol tuż za progiem.

Odprowadzaliśmy go wzrokiem, patrząc za plamą ciepłego światła, która podrygiwała w rytm jego pospiesznych kroków.

Nie zdążyliśmy nawet pogratulować sobie z Szefem pierwszego klienta, bo zaraz drzwi otworzyły się ponownie. A potem znów. I jeszcze raz. Do samego wieczora mieliśmy ręce pełne roboty: Szef obsługiwał klientów, a ja podawałem produkty z półek, pakowałem zakupy do siatek i biegałem do magazynu po towar, którego zapasy szybko znikały.

Największym zainteresowaniem cieszyły się parasole z wbudowanymi żarówkami. Były dostępne w wielu wersjach, różniących się wielkością i rodzajem oświetlenia. Specjalnie wyeksponowałem je w witrynie.

– Szefie, miałeś nosa do tego, żeby wywiesić naszą reklamę akurat dzisiaj – pochwaliłem go, pełen podziwu dla jego biznesowej smykałki.

– Dzisiejszy sukces nie byłby możliwy bez twojej pomocy – odpowiedział skromnie, choć cały napuszył się z dumy.

Wracając do domu po zamknięciu sklepu, upewniłem się, że kartka nadal wisi. Owszem, tkwiła na gałęzi w nienaruszonym stanie, kołysząc się na wietrze.

Deszcz padał nieprzerwanie. Zacinał tak, że nawet kaptur nie chronił dobrze przed ciężkimi, zimnymi kroplami, które uderzały mnie w twarz. Szkoda, że w ciągu dnia nie zachomikowałem sobie w magazynie jednego parasola, zanim klienci się na nie rzucili… A potem jakoś nie miałem ochoty bić się z nimi o ostatnie sztuki.

Szef i tak dorobi jutro nowe.

 

***

 

Kim jest Szef? Kim jestem ja? I co to, do jasnej ciasnej, za świat, w którym parasole świecą, a kartka spryskana lakierem nie moknie na deszczu?

Z pewnych względów nie mogę wam tego wyjaśnić. A w każdym razie nie do końca. Po prostu zaakceptujcie fakt, że pewne rzeczy działają tutaj inaczej. Bo macie rację, podejrzewając, że jestem w trochę innej przestrzeni niż wy.

Nie powiem wam, gdzie ona jest, ani jak się do niej dostać. Tajemnicą pozostanie też to, dlaczego akurat mnie udało się tu trafić i czy mogę stąd wrócić. Jeśli jednak czytacie te słowa, oznacza to, że jakaś łączność między tymi dwiema rzeczywistościami jeszcze istnieje.

Życie tutaj na pierwszy rzut oka wydaje się normalne. Jakby nic tych światów nie odróżniało. Tu też są drzewa, domy i ulice. Ale to tylko pozory. Bo nie ma tu internetu ani telefonów komórkowych, prawa logiki działają trochę na bakier, a codzienność jest tak jakby… trochę inna. Zresztą wkrótce sami się przekonacie, o co mi chodzi.

Rozumiecie już, dlaczego nie mogę wam zdradzić, kim jestem? To po prostu zbyt ryzykowne. Jakby ktoś tam, u was, wynajął detektywa i poszedł po moich śladach… Nie dawałbym gwarancji, że dobrze by się to skończyło. Bo uwierzcie mi, nie każdy byłby w stanie przetrwać w tym świecie.

Dlatego, jeśli czytając tę i kolejne opowieści, poczujecie się nieswojo, odłóżcie je bez wyrzutów sumienia. Nie obrażę się. Niech zostaną tylko ci odważni i umysłowo rozwarci.

Tak się nie mówi?

Ha, no widzicie. Właśnie o to mi chodzi.

A więc w drogę, kto gotowy!

null

Co dalej?

Ta opowieść to dopiero początek.

Zostaw swój adres e-mail lub obserwuj nas w mediach społecznościowych, a powiadomimy cię o dostępności pełnego wydania.

Cały Andrzej! Początek

Copyright © 2026 Heuro
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone