Domki budnicze. Tajemny znak gildii
Co śledź pod palmami robi na Starym Rynku w Poznaniu?!
Budnik z rybnej budy
Na pamięć znają oślizgły nalot codzienności i to szczególne zmęczenie, które wgryza się w skórę z wonią solonego śledzia. Czasami mają kompletnie dość. Handel idzie różnie, rynsztok przed targowymi budami obezwładnia smrodem, wybredni ludzie wiecznie trują im nad głową. A dlaczego tak drogo? A waga nie oszukana? A rybka świeża?
Innych perspektyw – brak. Mozolnie ładują beczki na wozy i jak co dzień o świcie ruszają mostem przez Wartę na rynek w Poznaniu. Pierwsze stragany rozkładają się na miejskim placu jeszcze w XIII–XIV w., a najubożsi kupcy niezmiennie liczą na uczciwy grosz. Urabiają się po łokcie i co dostają w zamian? Przezwisko budnicy – bo ich drewniane kramy uchodzą za zwykłe budy. A to i tak łagodny epitet.
Budnicy sprzedają świece, pochodnie, smołę, płótno, powrozy, szyby, łagwie, sól, a zwłaszcza świeże, solone i wędzone mięso i ryby. To dlatego ich stragany są potocznie zwane budami śledziowymi, a pogardliwie po niemiecku Schmuddelbuden – syfiastymi budami.
Tyleż przykre, co prawdziwe. Przecież żadni z budników biznesmeni, ot sterani harówką feudalni wyrobnicy. Z dziada pradziada nie mają lekko, a na domiar złego dowiadują się wkrótce, że prowadzą swoje budy nielegalnie.
Bractwo Budników
Porządek musi być, a przepisy są jasne: każdy poznański handlarz i rzemieślnik mają obowiązek należeć do cechu. Nie jesteś w lidze – nie masz prawa sprzedawać. Bo tylko gildia zapewnia uczciwy rozwój i dobrą organizację pracy, solidną jakość towarów i ich zbyt po słusznej cenie.
Postęp? Dla budników to cios, bo miejski cech kupiecki zatrzaskuje im drzwi przed nosem. Wzgardzeni i już dość utytłani prozą egzystencji, nie zamierzają jednak potulnie trwać w niedoli. Wykorzystują epokową szansę i zakładają własne zrzeszenie – Bractwo Budników.
Wbrew mylnym przekonaniom Bractwo Budników nie ma nic wspólnego z rzemiosłem budników leśnych, handlujących drewnem, węglem czy dziegciem.
Poznański budnik to handlarz śledziami, a Bractwo Budników to gildia śledziowych kupców, która z dumą i przekornym uporem wywodzi się z tradycji forum piscium i alecinum, czyli zalatujących rybą kramów na miejskim rynku.
Tego nie spodziewa się nikt. Ale śledziowy cech – jeden z pierwszych w Polsce i, obok rzeźnickiego, drugi najstarszy w Poznaniu – rewolucjonizuje budniczą profesję oraz pozycję budników w krajobrazie wielkopolskiej stolicy. Lecz następuje to na przestrzeni długich lat 1418–1783, toteż w powszednie dni budnicy nadal klepią pokoleniową biedę i nie bez powodu cierpią na notoryczną niepewność jutra.
Domki budnicze: luksus murowany
Blady strach pada na budników w ten zwykły piątek. Zjawiają się jacyś ważniacy od rajców i nakazują wszystkim wynosić się stąd – ale już! Starszy cechu kiwa głową, kupcy w popłochu zbierają manatki i patrzą, jak ich stragany idą w drzazgi. A potem ze zdumienia stają jak wryci.
W sercu Poznania strzela w niebo olśniewający ratusz. Narażać to renesansowe cudo spod ręki wybitnego architekta Jana Baptysty di Quadro na pożary i kipisz pospolitej rybnej budy – mógłby tylko szaleniec! Wtedy Bractwo Budników znów dostrzega okazję i ubija z radą miasta życiowy interes.
W XVI w. prowizorka drewnianego targu błyskawicznie znika i uwalnia przestrzeń na nowe murowane kramy. Rychło w zwartym szeregu wyrastają nad nimi kupieckie kamienice. Siedemnaście wąskich jak kiszka domków budniczych – choć stale zmusza przechodniów do zatykania nosa – w niczym nie przypomina niegdysiejszej lichoty i roztacza przed budnikami iście bajeczne perspektywy.
Za symboliczną opłatę 1 grzywny rocznie, czyli równowartość beczki śledzi, każdy budnik otrzymuje od miasta ziemię pod zabudowę. Haczyk?
Architektura sprytu
Podatki od nieruchomości płaci się w XVI-wiecznym Poznaniu od… liczby okien, więc kto się buduje – kombinuje i sam sobie naturalne światło reglamentuje.
Domki budnicze – tak jak dawne kramy – mają szerokość sklepowej lady, a na każdej kondygnacji tylko jedno okno. Dwa to już rozmach, na który stać nielicznych, bo budnicy wchodzą w złoty wiek, paradoksalnie wciąż balansując na najniższym szczeblu gospodarczej drabiny.
Przez ślepia budy spoziera brutalna prawda. Zdradliwe okna bez pardonu wyliczają, kto tu ma towar chodliwy i jakoś wiąże koniec z końcem, a u kogo bieda aż piszczy. Ale budnicy nawet się nie zająkną. Każdy z osobna i solidarnie jako bractwo stają na głowie, by przekuć skromną ciasnotę kamienic w murowany dowód na to, że nadążają za impetem prężnie rozkwitającego Poznania oraz dostojnym sąsiedztwem ratusza i rezydencji patrycjatu w pierzejach rynku.
Na dole budniczego domku kręci się interes. Na górze toczy się życie rodziny kupca. Tłoczno, ciemno, siermiężnie – nic to. Przynajmniej po wierzchu każda śledziowa parcela prezentuje się godnie, w strojnej oprawie z podcienia, arkadkowego fryzu i kroksztynu z maszkaronem. Ma ich ten rzeźbiony stwór chronić ode złego, lecz nieuchronnemu nie zapobiega…
Kres złotego wieku
Nagle świetlana przyszłość rozbija się z hukiem o twarde realia wojen i zaborów. W 1783 r. Bractwo Budników upada, a niemieckie i żydowskie ręce bezdusznie zacierają rybne dzieje najstarszego poznańskiego targowiska.
W przepoczwarzających się kupieckich kamieniczkach, pod sadystycznie zamurowanymi sukiennicami, pod tarasami i wszędobylskimi oknami, których nigdy wcześniej tu nie było, powstają knajpy, sklepy z kapeluszami, wikliną i rowerami, a dekady później głównie z kiczowatymi pamiątkami.
Lecz z ruin przeszłości wciąż dobywa się głos budniczej pamięci. I wreszcie, w powojennej odbudowie Poznania, wracają na swoje miejsca gęsto utkane smukłe fasady, w których dawną duszę każdej budy przywołują i okna, i barwne polichromie artysty Zbigniewa Bednarowicza.
Na domkach budniczych prężą się rodowe herby, gmerki oraz sgraffitowe dekoracje, które – jak niegdyś – zdradzają, kto tu mieszka i czym handluje.
Na siedzibie Bractwa Budników niepodzielnie rządzi ryba. Jej łuski, cielska i oczy zdobią fronton kamienicy pod nr 17, a u dołu, nad arkadą, dumnie triumfuje cechowy herb. Tylko że coś z tym godłem jest chyba nie tak…
Dlaczego w oku łacińskich słów Fraternitatis Budnicorum pyszni się ryba, nad którą – ni przypiął, ni przyłatał – tkwią trzy palmy?!
Żart jakiś? Prowokacja? Czyżby śledzie do Poznania z tropików płynęły? Bynajmniej!
Filar ambicji
W ciągu wieków Stary Rynek w Poznaniu zmienia się diametralnie, lecz jedno pozostaje w nim nienaruszone. Inskrypcja na podcieniowej kolumnie domków budniczych skrywa pod datą 1535 przełomowy moment, kiedy to na fali postępu budnicy „wmurowują się” w tkankę miasta.
Okazuje się jednak, że możesz zamienić drewnianą budę na solidny kram, a w oczach ludzi pozostać byle szuszwolem. Stereotyp budnika – śmierdzącego rybą flejtucha kotwiczy w społecznym postrzeganiu tak głęboko, że permanentnie pozbawia drobnych kupców szacunku i zaufania.
Po latach upokorzeń Bractwo Budników nie ma wyboru. Wykuwa w tynku symboliczny herb, który stanowi dobitny i do dziś aktualny manifest poznańskiej uczciwości, jakości i rzetelności. Widniejące nad śledziem trzy palmy to bowiem wyjęte wprost ze Starego Testamentu, z Psalmu 92., słowa:
Iustus ut palma florebit
Ubodzy kupcy na Boga się klną i biblijną palmą jak tarczą osłaniają, by dowieść, że – niezależnie od tego, jak brudne od ciężkiej pracy masz ręce – czysty zysk bierze się tylko z czystego sumienia.
Domki budnicze. Tajemny znak gildii
Zdjęcia: archiwum prywatne, domena publiczna, Getty Images
Copyright © Heuro. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone









