Władysław Zamoyski i awantura o Tatry.

Władysław Zamoyski i awantura o Tatry

Jak ocalić góry, tłukąc się trzecią klasą z kurami?

Baba obok strasznie się rozpycha. Na kolanach trzyma kosz z jajkami, spod jej lewej pachy gdacze kura, a spod prawej wystaje umazana gilem twarz zdumionego kilkulatka. Chłopiec gapi się z ostrożną ciekawością. Chyba czuje, że z Władysławem jest coś nie tak. Współpasażer ubranie ma dziadowskie, ale paznokcie czyste. Teczkę obrzępoloną, ale oczy mądre. I nie śmierdzi jak reszta.

Nie pasuje tu. Nie powinno go tu być. A jednak jest.

Tłucze się najgorszym wagonem. Twarda drewniana ławka wrzyna się w siedzenie. Jedzie się jak na chybotliwym krześle, a gdy pociąg rusza i hamuje, ludziska lecą na siebie niczym bezwładne worki kartofli. Z lewa i prawa napiera ściśnięty tłum, który raz po raz przerzedza się na kolejnych stacjach.

Władysław opiera dłonie o nieodłączną laskę i próbuje dojrzeć widok za oknem. Tyłki w spódnicach i gęsie kupry przesłaniają świat. Gdzie jest? Kiedy wysiada? Ukradkowym gestem wyjmuje zza pazuchy złoty zegarek na łańcuszku, po czym uśmiecha się pod nosem i wsuwa skarb do kieszeni nędznej kapoty. Chłopcu z gilem mało oczy z orbit nie wychodzą.

Kim jest ten dziwny człowiek i co tu robi?!

Dworzec kolejowy w Zakopanem, po 1906 r. Fot. Polona.
Kura (kolaż Heuro).
odkrywaj szczegóły

Przestępca? Włóczykij? Żebrak? Pudło. Dopóki prasa nie zacznie o nim trąbić, nikt go nie rozpozna. A Władysławowi anonimowość jest na rękę – tym bardziej, gdy planuje największy interes życia. Wszystkiego, rzecz jasna, ukryć nie zdoła. Buty ma porządne, brodę przystrzyżoną, a charyzmatyczna inteligencja bije od niego na kilometr. Ale całą resztę skrzętnie trzyma w cieniu. Kamufluje to, że mógłby nosić się jak król. Francuskim szampanem popijać pieczone prosię z jabłkiem w pysku. Albo kupić sobie jacht. Owszem, stać go.

To dlaczego – skoro jest obrzydliwie bogaty – podróżuje z kurami, nocuje w zapchlonych kwaterach, jada suchy chleb w podrzędnych knajpach, a po ulicach paraduje w zgrzebnych łachmanach, w których dziury gonią sterczące nitki?!

Lokomotywa gwiżdże przeciągle. Na peronie ktoś omyłkowo wciska mu swoje kufry. Nie pierwszy raz biorą go za tragarza, parobka, sługę. Na salonach prowadzą do tylnych drzwi i raptem, spostrzegłszy własną gafę, sarkają z politowaniem. A to łapserdak ostatni! Ekscentryczny obdartus zręcznie lawiruje i trafia przed budynek dworca w Krakowie. Dorożkę? A gdzież! Rozprostuje nogi, zaoszczędzi. Każda moneta w kieszeni to kolejna cegiełka do jego wielkiej misji.

Owce w Tatrach, Zakopane, 1912–1936. Fot. Biblioteka Narodowa (Polona.pl).

Od zawsze żyje skromnie. Na przekór klepie biedę. A teraz dokręca spartańską śrubę, bo wyrzeczenia okazują się koniecznością i mają sens większy niż Rysy. Sprawa jest, i to poważna, dlatego Władysław tygodniami ściboli jak oszalały i śmiało zagląda w cudze portfele. Listy śle, do drzwi puka, kursuje to tu, to tam. Powozem, parowozem, pieszo. W śniegu, deszczu, upale i błocie. Od dworków po pałace arystokratów i biznesowych magnatów. Prosi, błaga, grozi. Każdy rozumie, o co toczy się gra, ale kiesy nie otwiera wcale lub uchyla ją tylko nieznacznie. Połowa wystarczy? To o wiele za mało, gdy sytuacja wymyka się nagle spod kontroli.

Z początkiem maja misterna operacja kompletnie bierze w łeb. Władysław szamocze się w potrzasku. Sam sobie nie poradzi. W pospiesznym telegramie do matki prosi o czyste szaleństwo. Nie ma wyboru. Nie ma pieniędzy. Nie ma czasu. Wreszcie: nie ma wątpliwości.

Są rzeczy ważne i ważniejsze.

Zgoda? Zgoda! Zaledwie dzień przed akcją w Nowym Sączu, z finansowym nożem na gardle, stawia wszystko na jedną kartę. Zjawi się osobiście? Dojechać nie zdąży. Nawet nie chce tam być. Chowa tożsamość za zaufanym krakowskim adwokatem. Doktor Józef Stanisław Retinger załatwi to jak trzeba. Jeśli przegra, Władysław zachowa twarz. A jeśli wygra – dopiero wtedy zdradzi nazwisko kupca.

Tatry, Hala Olczyska. Fot. Polona.
Widok Kuźnic z Nosala. Fot. Polona.

Ryzyko jest ogromne, ale Władysław ma dla Retingera precyzyjną instrukcję. Tak osobliwej strategii nie spodziewa się nikt – i dlatego zagrywka działa. Sala sądowa pęka w szwach, atmosfera nieznośnie gęstnieje. Licytacja ciągnie się godzinami, aukcjonerowi usta zasychają od gorączkowego pokrzykiwania, konkurent walczy z przytłaczającą paniką i zmęczeniem. Późnym popołudniem rywal już ledwie trzyma się na nogach, ociera pot z czoła sfatygowaną chusteczką, ostatkiem wytrzymałości podbija stawkę. Retinger trzyma fason i każdą ofertę sukcesywnie przebija. Cent. Kontra! Dość. Uderza młotek licytatora. Po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci. Sprzedane!

9 maja 1889 roku za dokładnie 460 002 złote reńskie i 3 centy hrabia Władysław Zamoyski kupuje Tatry.

Hrabia Władysław Zamoyski herbu Jelita (1853–1924), właściciel dóbr zakopiańskich. Fot. BK PAN.
„Licytacja Zakopanego”, notka prasowa z gazety Czas, 1889, nr 108 (11 V), s. 4
Józef Retinger (nekrolog). Fot. Biblioteka Jagiellońska (Polona.pl).

Co takiego?! Szok i niedowierzanie. Satysfakcja i kompromitacja, duma i wstyd odbijają się echem od górskich szczytów. Plotki niosą się ekspresem. Prasa epatuje nagłówkami. Młody polski hrabia okpił obcych licytantów! Zamoyski nabył Zakopane za centa! Widzimisię bogacza? Bynajmniej!

Wszystko zaczyna się w 1811 roku, gdy austriacki rząd rzuca ziemie wokół Nowego Targu na wolny rynek. Od tamtej pory po dolinach niesie się wizg pił, głuchy łomot siekier i zgrzyt ciężkich maszyn. W kilka dekad od Witowa po Zakopane zostają tylko łyse łąki, rozorane przemysłem zbocza i pniaki po dawnych lasach.

Istne spustoszenie. Obraz nędzy i rozpaczy. Zamoyski nie może na to patrzeć.

Nie jest stąd. Urodził się w 1853 roku w Paryżu, tam wychował, chodził do szkoły, snuł marzenia. Ale plany sobie, a życie sobie. Czy raczej śmierć. Najpierw siostra, potem ojciec i brat. A na końcu wuj. Choć przez zimny marmur krypty nie zamienią już ani słowa, to ostania wola Jana Działyńskiego popycha Zamoyskich do Polski.

Zamek w Kórniku. Fot. BK PAN.

W testamencie Władysław otrzymuje Kórnik.

Z Francji przeprowadza się z siostrą Marią i matką Jadwigą do Wielkopolski. Ładnie tam. Spokojnie. Tylko przez cztery lata, bo z takimi jak oni Bismarck rozprawia się bez ceregieli. Francuskie obywatelstwo? Wyjazd! W 1885 roku, w ramach rugów pruskich, Zamoyscy zostają z Kórnika wypędzeni.

Żyją odtąd na walizkach i wkraczają w zupełnie inny świat. Obcy? Ale swój. Galicja. Wśród malowniczych gór historycznego regionu Spisz pomieszkują najpierw u krewnego Andrzeja Zamoyskiego w Starej Lubowli. Potem przenoszą się do Kalwarii Zebrzydowskiej i Zakopanego, wreszcie osiadają w Kuźnicach.

Z każdą przeprowadzką hrabina Jadwiga przenosi swoją Szkołę Domowej Pracy Kobiet. Ma z tego jakiś grosz, ale tak naprawdę do interesu dokładają. Nie dlatego, że szkoła cienko przędzie. Dlatego, że im zależy. Łożą na edukację tych, których na to nie stać. Dla cudzego szczęścia Władysław gotowy sobie odjąć od ust. Taki już jest. I gdy nowa galicyjska codzienność zaczyna wreszcie płynąć stałym, przewidywalnym rytmem, do drzwi łomocze zdyszany goniec, a we Władysławie gotuje się krew.

Budynek Szkoły Domowej Pracy Kobiet w Kuźnicach, lato/jesień 1891 r. Fot. Jeanne Houcke, Muzeum Fotografii w Krakowie.
Hrabina Jadwiga Zamoyska z córką Marią, ok. 1880 r. Fot. BK PAN.
Uczennice Szkoły Domowej Pracy Kobiet w Kuźnicach podczas nauki prania, 1891 r. Fot. Jeanne Houcke, Muzeum Fotografii w Krakowie.
Uczennice Szkoły Domowej Pracy Kobiet w Kuźnicach podczas nauki gotowania, 1890 r. Fot. Jeanne Houcke, Muzeum Fotografii w Krakowie.

Widzi to za oknem. Smętny to widok. Prosiak zerka zza baby i też głośno kwiczy. Pociąg z turkotem wtacza się na stację. Dalej trzeba jechać powozem. I iść. Pod górę i z góry. W powietrzu unosi się hutniczy smród.

Zakopane. Rozkopane. Zrujnowane. Tragedia!

Ręce bezradnie się rozkładają. Pięści w stół uderzają. Toczą się burzliwe dyskusje. Władysławowi świta tylko jedna myśl. Kręcą nosy z niedowierzaniem. Absurd? Utopia? Wierci dziurę w brzuchu. W końcu są przekonani – Eustachy Sanguszko z Towarzystwa Tatrzańskiego i Władysław Markiewicz z Towarzystwa Ochrony Tatr Polskich z zadowoleniem kiwają nosami. Zrzutka. Wystarczy skrzyknąć paru bogatych Polaków i złożyć się na wykupienie gór. Spółkę zawiązać, pożyczkę wziąć, majętnych uprosić. Ale łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Niemożliwością dotrzeć do ludzkich głów.

Daj pan spokój, przecież tam nic nie ma! – polskie elity odprawiają Władysława z kwitkiem. Lokować kapitał w fabrykach, bankach, żyznych ziemiach – proszę bardzo! Ale Tatry? Bezwartościowa sterta kamieni. Biznesowy nonsens. Marnowanie pieniędzy. Do drzwi tamtędy.

Kuźnice, widok na Nosal. Fot. Muzeum Fotografii w Krakowie.
Widok na Tatry z Bukowiny Tatrzańskiej (1918–1939). Fot. Biblioteka Narodowa (Polona.pl).

Tylko forsa im w głowie. A dobro Polski? Obcy żywioł zawzięcie Tatry tratuje, a zawzięty Władysław przemierza coraz to wykwintniejsze perskie dywany. Jeden miesiąc, drugi, kilkanaście dobija się na salony. Przedziera się przez opary cygar z wizją górskiej turystyki. Na patriotycznych strunach gra rzewne preludium. Kultura górali, potoki, skały, drzewa! Krezusom to wszystko zwisa i powiewa.

Oczami przewracają. Oczy zamykają. A tuż pod bokiem hochsztaplerzy dopełniają dzieła zniszczenia. Zaślepiona zyskami rodzina Homolacsów, spolonizowanych Węgrów, stawia pierwsze schronisko nad Morskim Okiem i tworzy z Kuźnic potęgę – a potem zgliszcza. Do ostatka pożera lokalne złoża rud żelaza. Do cna trzebi jodły i buki.

Nad wygolonymi grzbietami krąży chmara sępów. Niemiecki bankier baron Ludwik Eichborn i jego zięć Magnus Peltz jeżdżą na podhalańskiej biedzie jak na łysej kobyle. Wyzyskują chłopów. Rąbią dolnoreglowe lasy aż wióry lecą.

Żydzi z branży papierniczej, Jakub Goldfinger i Henryk Kolischer, ogołocone z resztek drzew Tatry mielą w nienasyconych gardzielach swoich fabryk celulozy.

Z halnym niesie się pogłoska, że za Kolischerem może stać we własnej osobie niemiecki książę Christian Hohenlohe, pan na Jaworzynie, zagorzały miłośnik niszczenia przyrody i zamykania gór przed ludźmi. Płoty postawią, nikogo tu nie wpuszczą.

Złupią Tatry, najstarsze smreki przerobią na deski i papier, skały zmiażdżą na tłuczeń drogowy, a z Zakopanego urządzą okopconą osadę przemysłową. Nie można do tego dopuścić! – grzmi uniesiony palec Władysława.

Naturalnie, że nie można, ale inwestycja całkowicie nieopłacalna finansowo, żegnam – słyszy Zamoyski w odpowiedzi na każdym kroku.

Hrabia Władysław Zamoyski herbu Jelita, 1853–1924. Fot. domena publiczna.

Tylko nieliczni litują się nad wzburzonym hrabią, zmasakrowanymi górami i Zakopanem – ostoją życia umysłowego i kulturalnego Polaków ze wszystkich trzech zaborów. Szperają po szufladach i do spółki ofiarują dwieście tysięcy guldenów. To już coś. Grosz do grosza. Ale nadal potrzebne drugie tyle, by dobić do ceny wywoławczej i móc przystąpić do aukcji.

Niespodziewana wiadomość dopada Władysława w drodze, w niepozorny czwartek 2 maja. Z pieca na łeb austriacki rząd ogłasza: los Tatr rozstrzygnie się na sali sądu w Nowym Sączu 9 maja. Machloja! Skąd w tydzień wytrzasnąć pieniądze?! Markiewicz z Towarzystwa Ochrony Tatr Polskich ma nadzieję, że dozbierają brakującą kwotę już po wylicytowaniu gór. Coś wymyślą, jakoś to będzie. Nie będzie. Kaplica…

O, niedoczekanie! Zamoyski przedeptuje nerwowo, miota się i w końcu rusza ku jedynej słusznej opcji. Niemal w biegu przeciska się przez peron, kury gdaczą, baba i chłopiec z gilem torują dziwakowi drogę. Buty stukają o kocie łby. Wpada do kancelarii. Wyłuszcza zamysł. Do reszty zwariował?! Już mówił, nie ma wyjścia. Porywa się na niemożliwe i pełną kwotę wykłada… z własnej kieszeni.

A ciekawe, skąd ma na to pieniążki?

Hrabia Władysław Zamoyski zalicza się do piątki najbogatszych Polaków XIX w. Miliony trzyma w ziemi i nieruchomościach, jest gospodarny i niewiarygodnie oszczędny. Ale racja: takiej kasy od ręki nie ma nawet on – dlatego podejmuje decyzję zgoła szaloną.

Zakopane kosztuje 750 tys. marek, czyli 460 tys. złotych reńskich (równowartość dzisiejszych 150–200 milionów złotych). Władysław, ryzykując przepadek majątku w razie porażki, zastawia pięć folwarków w Kórniku i obciąża je gigantyczną hipoteką pod kredyt w wysokości 407 tys. marek. Od matki pożycza ok. 200 tys. marek, a brakującą kwotę ciuła naprędce z rozmaitych źródeł. Ma już minimalne niezbędne fundusze, lecz ani grosza więcej, toteż opracowuje sprytny plan. Postanawia zmęczyć przeciwnika i poleca adwokatowi Retingerowi licytować się o cent – i o ten jeden cent wygrywa awanturę z przemysłowcem Jakubem Goldfingerem.

Tym sposobem hrabia Zamoyski dokonuje bezprecedensowego aktu oddania dla sprawy narodowej: kupuje Tatry na własność, by uratować je od niszczenia i zwrócić Polsce.

Zakopane, po zaciętej walce, nasze. Strasznie się wszyscy cieszą. Adwokaci i dziennikarze roztelegrafowali wiadomość po całej Polsce – pisze do matki uradowany Władysław. Widocznie bowiem chodziło mu o to, by ten tak malowniczy i ulubiony szmat gór nie przeszedł w nieodpowiednie ręce – mruczy pod nosem Henryk Sienkiewicz, ściskając w dłoni najnowszy numer „Słowa” z osobistą relacją z głośnych wydarzeń. A Zygmunt Celichowski, pełnomocnik i finansowy doradca Zamoyskich, stwierdza w liście do hrabiny Jadwigi, że choć nie sposób zakupu Tatr nazwać świetnym interesem, to przynosi on tyle innych korzyści, że można by przeboleć nawet małą stratę materialną. Toć zwykle praca dla dobra ogółu nie przynosi materialnych zysków, jest ofiarą i poświęceniem.

Istotnie, Władysław Zamoyski poświęca się jak nigdy. Jest w rozpaczliwej sytuacji finansowej, a dziura w portfelu pogłębia się błyskawicznie wraz z wielką akcją rewitalizacji Tatr i modernizacji Zakopanego. Hrabia konsekwentnie naprawia skutki skandalicznej gospodarki rabunkowej, którą chciwe łapska zaborców, spekulantów i przemysłowców uskuteczniały na Podhalu na porażającą skalę. Milionami sadzi lasy, reguluje zasady wypasu, funduje kolej, szkoły, wodociągi, elektryczność, muzea. Idzie jak przeciąg; wiatr po kieszeniach hula. Nic to. Szlachetne wariactwo Władysław zagryza kromką suchego chleba.

Góral z Zakopanego (1905–1939); fragment. Fot. Biblioteka Narodowa (Polona.pl).
Szczyt Rysów (kolaż Heuro).
Z listu hr. Jadwigi Zamoyskiej do siostry Elżbiety Czartoryskiej (czerwiec 1889): „Dobrze, że się uratowało ten polski klejnot; myślę, że z czasem odpłaci się Zakopane za to, co się uczyniło dla uratowania go, ale obecnie jest on tylko wspaniałym kamieniem u szyi i trzeba będzie tęgo i żwawo pod wodę płynąć, ażeby z Zakopanem nie zatonąć. Nadzieja w Bogu, że pozwoli wybrnąć przyzwoicie.”

Władysław Zamoyski i awantura o Tatry

Tekst i koncepcja interpretacyjna: Ewa Kudłacz-Orciuch
Zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe, Biblioteka Kórnicka PAN, Muzeum Fotografii w Krakowie, Biblioteka Narodowa / Polona, domena publiczna
Copyright © Heuro. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone