Wojna o krowę

Dlaczego 400 facetów dało się ukatrupić dla łaciatej mućki?

Monotonnie mlaska jęzorem. Bez pośpiechu przeżuwa lato pląsające nad Mogilicą. Zanurza się w gęstwinie koniczyny, komonicy i traw, wypuszczając z nozdrzy ciepły, wilgotny obłok zadowolenia.

Rytmicznymi pacnięciami ogona odpędza muchy i gzy, wyrzuca łeb do przodu i już ma pochłonąć kępkę tymotki, ale się powstrzymuje. Nastawia ucha. Strzyże. Ptasi gwar milknie nagle w koronach drzew. Wiatr przeczesuje zboża niespokojnym pomrukiem.

Burza? Błękitu poranka nie mąci ani jedna chmurka. Lecz dźwięk narasta. Miarowy, potężny łomot. Ziemia drży pod racicami. Z każdą chwilą coraz silniej wibruje, aż z pobliskich zarośli zrywa się z przeraźliwym wrzaskiem stado wron. Muu!

Zdezorientowana krasula zastyga ze sterczącym z pyska zielskiem, a w jej wielkich, ufnych oczach błyska rycząca hurma. Kopyta dudnią na trakcie. We wznieconej kurzawicy konie rżą jak oszalałe, miecze na oślep tną powietrze, grzmią wściekłe gardła, czerwienią się łąki. Z obłędem w oczach kilkaset chłopa wali na Świdwin. Tłuką aż furczy i sami w dziób dostają.

Za honor! Za krowę! Za tę, co to ją jeden chłop drugiemu bezczelnie podpierniczył!

Nie robiłby tego, ale musi. Z nastaniem jesieni chłop z Niemierzyna zarzuca krasuli powróz na szyję i gna ją lasami aż pod Białogard. Po bez mała trzydziestu kilometrach zostawia zwierzę na przezimowanie u znajomego. Układ idealny. Krowa ma dach nad głową i pełne koryto, a gospodarz – mleko. Gdy jednak chłop wraca wiosną po mućkę, pomocny przyjaciel ani myśli się z nią rozstawać.

Ach tak?! A to ja ci jeszcze pokażę! – odgraża się chłop i pod osłoną zmroku, w towarzystwie niemierzyńskich wieśniaków i mieszczan ze Świdwina, ciągnie nazad krowę wraz z zadośćuczynieniem w postaci paru jałóweczek nieuczciwego białogardzkiego kamrata. Ten rychło odkrywa kradzież i w odwecie odbija muczący łup, powiększony o kolejne zdobycze z cudzych zagród. Tego jest już za wiele! Kmiecie i zagrodnicy z Niemierzyna pomstują głośniej niż ich stada. Pięści zaciskają, włosy z głowy rwą i żądają natychmiastowego końca krowiej żonglerki.

Osłupiały wójt Świdwina Jacob von Polenz zaprzęga wóz i z rycerską świtą swojego syna Christopha pędzi na skargę. Ale białogardzki starosta Karsten z Oparzna wyrzuca posłańców i tylko z politowaniem się szczerzy.

Zęby dzwonią i zgrzytają. Z rozkazu von Polenza krowy na powrót maszerują z jednej obory do drugiej, a obie zwaśnione mieściny z przygranicznych światów – Świdwin z brandenburskiej Nowej Marchii i należący do księstwa pomorskiego Białogard – cichcem ostrzą widły, kordy i topory. Ludziska warują u bram, czekają, cisza.

Wtem do ataku trąbi Karsten. Raban, granda, kołomyja – trzeba wreszcie dać im w ryja! W sobotni ranek 15 lipca 1469 roku lecą, pędzą, głowy tracą, o rozsądek się potykają, jedni drugim łupnia dają. Po ledwie trzech godzinach mordobicia wojna o krowę kończy i sąsiedzkie swary, i ciągnące się latami konflikty pomorsko-nowomarchijskie. Sapią z wrażenia umęczeni, dyszą pogruchotane lasy, pola i wrzosowiska między wsiami Łęgi, Sława, Cieszeniewo.

Trzystu Pomorzan żegna się z tym padołem. Setka białogardzkich jeńców, za których nie wpływa okup, pada z głodu i beznadziei w nieprzyjaznych lochach wieży Kiek im Pommern na świdwińskim zamku.

Za murami huczy tymczasem triumfalna pieśń, która szydzi z Białogardu i wychwala rycerzy von Polenza. Zapłakane wdowy grzebią poległych mężów i w histerii oddają rękę zwykłym pachołkom. A zwycięski Świdwin liczy łupy. Pięćdziesiąt wozów ze sprzętem wojennym. Sztandar mieszczan białogardzkich, który dumnie zawisa w lokalnym kościele. Dyndający nad przejściem w Bramie Kamiennej żelazny pierścień, rzekomo wykuty z obroży bojowego wołu Karstena. No i oczywiście krowy. Majątek! Całe stado łaciatego szczęścia, rozplenione na bezgranicznym ludzkim szaleństwie.

Z wolna opada kurz. Mgły cicho kołyszą łąkami. Ptasie trele na powrót meandrują z nurtem Mogilicy i Regi. Czas zdmuchuje z map brandenburskie i pomorskie pretensje. A na średniowiecznym zamku w Świdwinie – gdzie niegdyś rządziła twarda ręka byłego duńskiego stolnika Mikołaja Olafssona, szlacheckich rodów von Wedlów i von Polenzów, Krzyżaków i joannitów – goszczą miłośnicy teatru, sztuki, literatury i muzyki.

Sielanka trwa, aż tu w 1969 roku, równo pięćset lat po krowiej aferze, Leon Zdanowicz, lokalny pisarz i animator kultury, trafia na historyczną notkę. Szpera, biega, papiery przewraca, dziurę wierci w brzuchu przeszłości, kombinuje i lada moment caluśka okolica własnym oczom nie wierzy.

Świdwin i Białogard znowu sobie o krowę do gardeł skaczą!

Konna brygada przemierza ulice, bębny łomoczą, a dumni rycerze prężą muskuły w lśniących zbrojach. Przeciągają linę, strzelają z łuku, rzucają toporem, skaczą w jutowych workach, ścigają się na szczudłach, na czas doją krowę. Wytężają siły w walce o najprawdziwsze bydlęce rogi i o to, kto wbije sąsiadowi większą szpilę drwiącym humorem: „Krowa zwierzę jest niegłupie, Świdwin ma głęboko… w nosie!”. W tym duchu rokrocznie w czerwcu lub lipcu, na przemian w Świdwinie i Białogardzie, toczy się inscenizacja Bitwy o Krowę. W pożodze grillowanej kiełbasy z pitnym miodem, w ferworze jarmarcznej zabawy na średniowieczną modłę, trwa wspomnienie o pogrążonych w nienawiści sąsiadach, którzy pewnego razu stoczyli ze sobą krwawą wojnę o urażoną chłopską dumę i jedną uprowadzoną krasulę, która przelała czarę pogranicznych niesnasek…

Wojna o krowę

Tekst i koncepcja interpretacyjna: Ewa Kudłacz-Orciuch
Zdjęcia: Getty Images/kolaże autorskie
Copyright © Heuro. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone