Krzyk na fiordach
Gdy zmęczony przystaje na moście, zatraca się nagle w krwistoczerwonym wrzasku. Słońce znika, niebo nad fiordem pokrywa się wściekłymi wstęgami barw, a Edvard czuje, jak dookoła przetacza się potężny, nieskończony krzyk. Kakofonia przerażenia wsysa wszystko na swojej drodze i rezonuje w nim z obezwładniającą mocą. Niczego jednak nie słyszą pogrążeni w rozmowie kompani. Mijają go i stają się zaledwie mrocznymi sylwetkami na tle płonącego horyzontu.
Munch nie może się otrząsnąć z tego, czego doświadczył. Wraca do pracowni i przelewa na płótno dudniący w uszach skowyt panicznego strachu, samotności i egzystencjalnego bólu istnienia. Malując, myśli o swojej siostrze, która przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Myśli o alienacji człowieka we współczesnym świecie. O tym, co rozrywa go od środka, dehumanizuje i bywa dla otoczenia niesłyszalne.
Z każdym pociągnięciem pędzla i pasteli Edvard Munch tworzy sugestywny „Krzyk” – arcydzieło ekspresjonizmu i jeden z najsłynniejszych obrazów świata. Zanim w 1893 r. powstaje pierwsza z czterech wersji dzieła, artysta szkicuje naprędce „Rozpacz” i „Niepokój”, by w kolejnych próbach przemienić zbyt melancholijne przygnębienie i sceny rodem z horroru w prawdziwie ogłuszającą histerię.
Tylko szaleniec geniusz mógł to namalować
„Tylko szaleniec mógł to namalować” – kwituje norweski psychiatra Johan Scharffenberg. Kiedy ogląda „Krzyk” podczas spotkania studentów w 1895 r., nie zwraca najmniejszej uwagi na artystyczne walory dzieła. Autorytatywnie stwierdza, że autor obrazu musi być chory psychicznie, a jego sztuka to ewidentny przejaw postępującej degeneracji mózgu.
Słysząc to, Edvard Munch czuje się upokorzony. Nie ma jednak ochoty na jałowe dyskusje. Skoro już wystawiono mu „diagnozę”, postanawia po kryjomu przekuć ją w przewrotny manifest. Chwyta ołówek i w górnym lewym rogu obrazu notuje słowa lekarza.
Przez ponad sto lat konserwatorzy z Galerii Narodowej w Oslo są przekonani, że tego wstydliwego aktu wandalizmu dopuścił się jakiś oburzony zwiedzający. Dopiero w 2021 r., dzięki analizom grafologicznym i badaniom w technologii podczerwieni, światem sztuki wstrząsa sensacyjna wiadomość.
Zamieszczając na swym dziele skandaliczny dopisek, Edvard Munch udowodnił, że wcale nie był więźniem szaleństwa, lecz genialnym artystą i nad wyraz uważnym obserwatorem zbiorowego lęku ludzkości, który wciąż wrzeszczy z taką samą siłą.















