Złota kobieta
Za minutę podjeżdża autobus. Wsiadamy i wysiadamy na tym samym przystanku. Trzyma się mnie kurczowo, bo wiem, gdzie ma wysiąść i skręcić. Leci do sklepu.
– Po całym mieście, wie pani, szukam złotych podkładek pod kubki. Bo sobie wymyśliłam, że w tym roku święta będą biało-złote. A w przyszłym czarno-złote. No bo jak już będą te złote podkładki, to trzeba iść za ciosem. Ale to jeszcze się zobaczy, bo wszystkie złote wykupili i mi szyki pokrzyżowali.
Korek.
– Ale mnie się nie spieszy. Dziś wolne. I całe szczęście. Głowę muszę przewietrzyć, bo tak mi w kość dała ta nowa na przyuczenie. Myślałam, że będzie lepsza od poprzedniej. Pani jest z mojego pokolenia – dodała mi dobre dwie dekady – i pani wie, co to ciężka praca. A ta mi tu przychodzi, dwadzieścia lat dziewucha, i od razu L4 bierze. Jednym uchem wpada, drugim wypada. Ja się produkuję, a ta mi jakieś głupotki opowiada. Umordowałam się. Takie czasy, wie pani. Szefowa mi mówi, że to są te „Zetki”, to młode pokolenie. Ale ja pani prawdę powiem. Oni nie są żadne „Zetki”. Oni są Z-j***i. O, już, wysiadka! No to, jak już byśmy się miały nigdy nie spotkać – to ja bardzo dziękuję za podwózkę i wesołych świąt!

