Zygmunt Puławski i pech latającej łodzi

Zygmunt Puławski i mewie skrzydło

Dlaczego musiał złamać skrzydło, by ocalić pilota?

Widzi? No nie widzi. Żeby cokolwiek zobaczyć, musi się wychylić. Trwa to ledwie chwilę, ale o tę jedną chwilę za długo. Bo przecież w tych ułamkach sekund ważą się losy! W porę umknie albo nie. Trafi lub zostanie trafiony. Przeżyje – albo skończy marnie. Dla Zygmunta porażka jest wykluczona, dlatego postanawia wyeliminować problem raz na zawsze.

Musi zlikwidować martwe pole. A to oznacza rewolucję w konstrukcji skrzydeł samolotu.

W maszynach z początków XX wieku klasyczne proste skrzydła niefortunnie przesłaniają widok. Pilot patrzy w dół i widzi skrzydło. W górę – to samo. Nie dostrzega ziemi pod sobą ani skrawka nieba nad własną głową. Nie zauważa, kiedy z tej czy tamtej strony nadlatuje swój bądź wróg.

Aby zlustrować otoczenie, lotnik musi przechylić samolot lub zmienić swoją pozycję w kabinie – przekręcić tułów, wyciągnąć szyję, skłonić głowę. Lewo, prawo, góra, dół. W powietrznym boju uprawia za sterami nieustanną gimnastykę i w okamgnieniu jest wypruty z sił jak po maratonie.

Utrapienie, strata czasu, diabelne ryzyko! Pilot ma być skoncentrowany, precyzyjny, zwinny i bezpieczny. A w tym celu musi widzieć dobrze i bez żadnych przeszkód.

Eskadra samolotów PZL P.11. Pokazy lotnicze w Warszawie, 1939. Fot. NAC.
PZL P.1. Fot. NAC.
odkrywaj szczegóły
Zygmunt prostuje prawą dłoń i zasłania nią oczy kilkanaście centymetrów przed twarzą. Co widzi? Nic. Wyłącznie własną dłoń. Podobnie rzecz się ma ze starym skrzydłem. Gigantyczne martwe pole! A teraz wystarczy stopniowo przechylić dłoń do pozycji poziomej. I nagle można doskonale ujrzeć to, co znajduje się dokoła, pod i nad dłonią. Różnica jest taka, jakby patrzeć na całą książkę albo tylko na jej grzbiet. Wprawdzie ślepy obszar nadal pozostaje, lecz jest nieporównywalnie mniejszy.

Dokładnie to rozwiązanie Zygmunt Puławski decyduje się zastosować w samolotach i w 1928 roku projektuje pionierski płat załamany na kształt litery „M”. Przełożonym z Państwowych Zakładów Lotniczych z wrażenia odbiera mowę, a mewie skrzydło – okrzyknięte „polskim skrzydłem” i zaprezentowane w myśliwcu PZL P.6 – robi furorę podczas Międzynarodowego Salonu Lotniczego w Paryżu w 1930 roku.

Dlaczego nikt dotąd na to nie wpadł?! Dlaczego dopiero on naprawia oczywisty feler, który u zarania nowoczesnej awiacji kosztuje życie tak wielu pilotów? Cóż, widocznie tylko raz na jakiś czas zdarza się innowator z prawdziwego zdarzenia.

Zygmunt Puławski ma dopiero 27 lat, gdy przejmuje stery polskiego lotnictwa. Tworzy konstrukcje iście przełomowe. Samoloty, które zmieniają reguły gry i stają się jednością z pilotem.

PZL P.6. Fot. NAC.
Oszukiwać się nie ma co. Pilotem jest marnym, za to konstruktorem – wybitnym! Tam gdzie reszta powiela utarte schematy albo trzęsie portkami przed zmianą, Zygmunt Puławski z odwagą prekursora i świetnym okiem do technicznych detali daleko wybiega przed szereg. Wraz z Czesławem Tańskim, Stanisławem Rogalskim i Ryszardem Bartelem należy do ścisłej czołówki tych, którzy w dwudziestoleciu międzywojennym budują potęgę krajowego przemysłu lotniczego.

Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych; są tylko nowe wyzwania. I wystarczy moment, a błyskotliwy inżynier – może to za sprawą osobliwej intuicji, a na pewno politechnicznej wiedzy i bogatego doświadczenia z francuskich zakładów Breguet – znajduje pierwszorzędne rozwiązanie.

Przestarzała oś przelotowa zwiększa opór powietrza i ogranicza osiągi? Puławski montuje podwozie nożycowe z amortyzatorami ukrytymi w kadłubie, zapewniając stalowym ptakom obłędną szybkość i zwrotność.

Wkrótce, w 1929 roku, w niebo idzie jego słynny PZL P.1. To pierwszy polski myśliwiec górnopłatowy z mewim skrzydłem i zarazem jeden z pierwszych na świecie samolotów w konstrukcji metalowej, nareszcie odpornej na wilgoć i uszkodzenia. Nigdy nie trafia do seryjnej produkcji – bo na podstawie prototypu Zygmunt natychmiast wymyśla jeszcze bardziej udoskonalone projekty.

Spod ręki Puławskiego wychodzą nowatorskie samoloty myśliwskie PZL: P.6, P.7, P.8, P.9, P.10 i kultowa P.11, która odgrywa potem kluczową rolę w kampanii wrześniowej.

Państwowe Zakłady Lotnicze z dumą wypuszczają kolejne podniebne szlagiery, Urząd Patentowy w osłupieniu przeciera oczy, a polska armia z nadzieją patrzy w przyszłość. I gdy nikt się nie spodziewa, utalentowany konstruktor porywa się na coś, czego nie zrobił jeszcze nikt.

Pierwszy polski wodnosamolot PZL P.12 to kolosalne wyzwanie inżynieryjne. Wielkie marzenie, napędzane uczuciem do Hanny Henneberg i wizją intratnej współpracy z Marynarką Wojenną. Czyste szaleństwo – za które 21 marca 1931 roku Zygmunt Puławski niespodziewanie płaci najwyższą cenę, pozostawiając po sobie ziejącą wyrwę w sercach bliskich i perspektywach rodzimego lotnictwa…

Lotnicy 2 pułku lotnictwa w Krakowie na tle samolotu PZL P.7 po powrocie z rajdu lotniczego do Rumunii (1933). Od lewej: por. Antoni Wczelik, por. Jan Czerny, kpt. Kazimierz Niedźwiedzki, kpt. Jerzy Bajan, kpr. Karol Pniak, por. Bronisław Kosiński, kpr. Stanisław Macek. Fot. NAC.
Amfibia Puławskiego, PZL P.12. Fot. NAC.
Samolot PZL P.11c ze 141 Eskadry Myśliwskiej 4 Pułku Lotniczego przed startem (1936). Fot. NAC.
Zygmunt Puławski (1901–1931). Fot. NAC.

Zygmunt Puławski i mewie skrzydło

Tekst i koncepcja interpretacyjna: Ewa Kudłacz-Orciuch
Konsultacja merytoryczna: Adam Kudłacz
Zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna
Copyright © Heuro. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone
Jesteś tutaj: