Zygmunt Puławski i pech latającej łodzi

Zygmunt Puławski i pech latającej łodzi

Dlaczego pionier utknął we wraku własnych ambicji?

Dziób rwie w górę, a wolant nie słucha. Kadłubem targają spazmatyczne drgawki. Blacha bębni, sklejka trzaska, płótno charczy jak rozrywane stare gacie. W otwartej kabinie wiatr bezlitośnie smaga po twarzy. Z palącym wysiłkiem mięśni Zygmunt odpycha od siebie drążek i daje pełną nogę na prawy orczyk. Zaciska zęby. Chwyta powietrze desperackimi haustami. Walczy – ale na ratunek jest już za późno.

W ciasnym zakręcie, nisko nad dachami warszawskiej Ochoty, nagły porywisty podmuch uderza w burtę latającej łodzi. Amfibia przechyla się z gwałtownym szarpnięciem, a impet siły bezwładności pcha po siedzeniu pasażera ciężkie betonowe bloki. Pasy stękają, strzępią się i ze świstem pękają. W okamgnieniu uwolniony z więzów prowizoryczny balast zsuwa się przytłaczającą masą osiemdziesięciu kilogramów wprost na drążek sterowy i nogi pilota.

Zygmunt miota się w bezsilnym bólu. Nic nie może zrobić. Nie ma żadnej kontroli. O włos mija kościelne wieże przy placu Narutowicza, a potem liczy tylko na fuks. Sto metrów. Osiemdziesiąt. Pięćdziesiąt. Pozbawiona sterowności i równowagi maszyna zadziera nos, traci nośność i z hukiem wali prosto w ziemię.

Katastrofa latającej amfibii PZL P.12. Zygmunt Puławski, pilot i konstruktor prototypowej maszyny, umiera w drodze do szpitala. Warszawa, 21 marca 1931 r. Fot. Edward Dulewicz / NAC.
Notka prasowa poświęcona tragicznej śmierci Zygmunta Puławskiego, pilota i konstruktora lotniczego latającej amfibii PZL P.12. Źródło prasowe: „Kurjer Warszawski”, wydanie poranne. R. 111, 1931, no 80. Uwaga: międzywojenna prasa często popełniała błędy co do faktów, nazwisk, wydarzeń i dat – wobec wszelkich doniesień warto zachować ograniczone zaufanie i potwierdzać informacje w fachowych źródłach.
odkrywaj szczegóły
Rumor katastrofy zlewa się w histeryczny zgiełk z wrzaskami zaaferowanych gapiów i jękami rannych. U zbiegu ulic Słupeckiej, Kaliskiej i Sękocińskiej pech dosięga dwóch przypadkowych przechodniów. Bracia Jan i Tadeusz Kołakowscy, odpowiednio dwudziestoośmioletni magazynier i dwudziestoczteroletni murarz, mają pogruchotane kości, a młodszemu z nich urywa lewą rękę. Z pilotem jeszcze gorzej. Przygnieciony szczątkami samolotu. Połamany. Nieprzytomny. Puls słaby. Stan krytyczny. Karetka gna – nie zdąży.

W zdruzgotanym krajobrazie biały fartuch prowadzi pióro po papierze bezdusznym gestem urzędnika. Imię i nazwisko: Zygmunt Puławski. Data: 21 marca 1931 roku. Godzina: 15.00 z minutami. O parę uderzeń serca wcześniej, w ostatnim przebłysku świadomości, lotnik mierzy się na progu ciszy z roztrzaskanymi myślami.

Jak mógł być taki głupi?! Geniusz uwięziony we wraku własnych ambicji! Dlaczego na przekór pakował się za stery? I co mu strzeliło do łba z tym cementem?!

Katastrofa latającej amfibii PZL P.12. Zygmunt Puławski, pilot i konstruktor prototypowej maszyny, umiera w drodze do szpitala. Warszawa, 21 marca 1931 r. Fot. Edward Dulewicz / NAC.
Tyle chciał jeszcze zrobić, a teraz wszystko trafia szlag. Ma dopiero dwadzieścia dziewięć lat i ginie przez absurdalny błąd, chociaż przecież to on – znakomity konstruktor i mechanik – zrewolucjonizował polskie lotnictwo!

Bo Zygmunt Puławski nie buduje pospolitych maszyn. Z odwagą pioniera i okiem do technicznych detali projektuje mewie skrzydło, podwozie nożycowe i nowatorskie samoloty myśliwskie, takie jak PZL P.1, P.6 i P.11.

Każdym osiągnięciem stawia milowy krok i kiedy wydaje się, że wyżej poprzeczki zawiesić się nie da, Puławski sam ją sobie podnosi. Tworzy coś, czego nie zrobił jeszcze nikt: pierwszy polski wodnosamolot PZL.12. Dokładnie ten, który niepostrzeżenie staje się początkiem końca.

Taki wybitny inżynier, a taki osioł! Gdyby tylko rozsądnie pomyślał! Gdyby poprawnie wykonał obliczenia. Gdyby nie igrał z przestrogami…

Ale nic tego dnia nie zapowiada katastrofy. Termometry w Warszawie wskazują sześć stopni Celsjusza. Na pogodnym niebie nieśmiało świeci marcowe słońce, a z południowego wschodu wieje lekki wiatr. Wielkimi krokami idzie wiosna, a za dwa tygodnie Wielkanoc. Na święta Zygmunt odwiedzi rodziców w Lublinie. Może kupi te czekoladowe zajączki, o których rozpisuje się prasa? Tymczasem zamyka drzwi mieszkania przy ulicy Polnej 50 i maszeruje na mokotowskie lotnisko.

Dwie dekady wcześniej na Polu Mokotowskim książę Stanisław Lubomirski założył Warszawskie Towarzystwo Lotnicze „Aviata”. Zrzeszenie wciąga rodaków w wir podniebnych pokazów, szkoli pierwszych pilotów, rusza z budową własnych maszyn i otwiera wrota warsztatów przed każdym, kto pragnie w lotnictwie spróbować swoich sił. Więcej do szczęścia miłośnikowi awiacji nie trzeba.

Lotnisko na Polu Mokotowskim, Warszawa. Fot. NAC.
Prognoza pogody na 21 marca 1931 r. – dzień feralnego oblotu PZL P.12 i katastrofy lotniczej, w której zmarł Zygmunt Puławski. Źródło prasowe: „Kurjer Warszawski”, wydanie poranne. R. 111, 1931, no 79.
Przed hangarami, na rozleglej trawiastej połaci tuż przy słynnym mokotowskim torze wyścigów konnych, roi się od aeroplanów. Skrzydlate wynalazki budzą podziw i szok, a skryta pod brezentową płachtą eksperymentalna maszyna Puławskiego nawet jego samego wprawia w oszołomienie. Tym większe, że pomysł z amfibią PZL.12 zaczął się od niewinnego flirtu!

Pewnego razu stęskniony Zygmunt Puławski żartuje, że gdyby miał latającą łódź, mógłby wylądować wprost u stóp ukochanej Hanny Henneberg.

Latem Hania – właściwie Anna Róża Henneberg, córka potentata mleczarskiego i latająca artystka – wybiera się na plener malarski w Kazimierzu Dolnym. Zygmunt nie w sosie. Chciałby częściej widywać swoją sympatię i wygodnie podrzucić ją na zajęcia u „Grubego”, czyli prof. Tadeusza Pruszkowskiego. Ale chociaż z Warszawy do Kazimierza rzut beretem, to usiąść nie ma gdzie. Dookoła tylko zamek, domy, lasy, wzgórza i żadnego lądowiska. Aż wtem Zygmuntowi świta śmiała myśl. Dołem miasteczka snuje się wszak Wisła, która przy dobrych wiatrach może stanowić idealny pas startowy, długi i szeroki. Abstrakcja? Skoro zagraniczni konstruktorzy już wypuścili swoje wodnopłaty, to uzdolniony polski inżynier też może – i chce!
Tadeusz Pruszkowski i jego de Havilland DH.60 Moth (1932). Fot. NAC.
Uroczyste przyjęcie uczniów do szkoły Aeroklubu Warszawskiego. Hanna Henneberg składa symboliczną przysięgę na korkociąg (czerwiec 1931). Fot. NAC
Meeting lotniczy we Lwowie (1933). Od lewej siedzą: inż. Szczepan Grzeszczyk, Hanna Henneberg (pilotka Aeroklubu Warszawskiego), por. pil. inż. Bleicher (Aeroklub Lwowski), Bolesław Łopatniuk (kierownik szkoły szybowcowej Aeroklubu Lwowskiego w Bezmiechowej), Maria Younga (pilotka Aeroklubu Lwowskiego). W tle samoloty: z lewej RWD-6 (SP-AHL), z prawej RWD-5 (SP-AJA). Fot. NAC.
Znienacka romantyczny kaprys wkracza w sferę wysokich lotów. Puławski, dla którego amfibia jest początkowo tylko prywatnym projektem turystycznym, szybko dostrzega w niej szansę, jakiej polskie lotnictwo jeszcze nie miało. Idzie za ciosem, dogaduje się z Kierownictwem Marynarki Wojennej, a obietnica dostarczenia prototypowego wodnosamolotu PZL.12H do zadań łącznikowo-wywiadowczych pochłania go bez reszty. Nie sposób oderwać Zygmunta od ciągłego dłubania przy maszynie. Tym bardziej wtedy, gdy to, co teoretycznie działa na papierze, w powietrzu sprawia kłopot za kłopotem…

Dlaczego latająca łódź ciągle gra mu na nosie?! Cóż, skrzydlata amfibia nie jest zwykłym samolotem. Budowę ma całkowicie inną. Silnik trzeba ochronić od wody, a tym samym zamontować go nie pod skrzydłami, lecz nad nimi, w gondoli na górze kadłuba. Ten konstrukcyjny szkopuł spędza Zygmuntowi sen z powiek, gdyż diametralnie zmienia rozkład sił, środek ciężkości i aerodynamikę maszyny. Istnieje też ryzyko, że w razie poważnych perturbacji napęd zamontowany w takim miejscu spadnie pilotowi prosto na głowę.

Lotnisko na Polu Mokotowskim w Warszawie. Fot. NAC.
Lotnisko na Polu Mokotowskim w Warszawie. Fot. NAC.
Puławski rozkłada mechanikę na czynniki pierwsze, ale wszystkiego na desce kreślarskiej przewidzieć się nie da. W realiach pierwszej połowy XX wieku inżynier, który zastanawia się, co trzeba w projekcie poprawić, musi przetestować prototyp samolotu na żywo, w powietrzu. A Zygmunt – wbrew zasadom, wszelkiej logice i wyraźnemu sprzeciwowi otoczenia – upiera się podjąć to ryzyko na własnej skórze. I być może nikt nie miałby nic przeciwko temu, gdyby nie banalny fakt:

Zygmunt Puławski to niezrównany konstruktor, lecz kiepski pilot.

Zuchwała natura. Brawurowe eksperymenty. Żyłowanie maszyn do granic ich technicznych możliwości. A do tego zasadniczy brak kwalifikacji oblatywacza. W testowych lotach z powodzeniem może go zastąpić Bolesław Orliński – świetny pilot doświadczalny, który oblatywał już PZL P.1 i P.6. Przełożeni z Państwowych Zakładów Lotniczych proszą i błagają, grożą palcem i naganą. Ale jak grochem o ścianę. Zygmunt robi po swojemu i płaci za to najwyższą cenę.
Amfibia Puławskiego, PZL P.12. Fot. NAC.

Po pięciu testowych oblotach staje się jasne, że amfibia Puławskiego ma problem ze statecznością podłużną.

Przy najdrobniejszej utracie równowagi dziób płatowca samoczynnie leci w górę lub w dół, a pilot musi się nieźle natrudzić, by ciągle korygować położenie niestabilnej maszyny i nie wpaść w przeciągnięcie.

Zygmunt sądzi, że to kwestia błędnego wyważenia, dlatego przed szóstym oblotem umieszcza na miejscu pasażera balast. Mocuje pasami betonowe bloczki o masie przeciętnego dorosłego człowieka. Trudno potem stwierdzić, ile dokładnie ich ładuje. Może sześćdziesiąt, może osiemdziesiąt kilogramów. W każdym razie mniej więcej tyle, ile mogłaby ważyć Hania z torbą podróżną i płótnami w drodze na plener malarski w Kazimierzu Dolnym. Poleciałaby dziś z nim, ale w ostatniej chwili coś jej wypadło. I dobrze. Lot testowy to nie zabawa, dlatego zamiast ukochanej podróżuje cement. Czyste szaleństwo? Z poprzednich prób Zygmunt wrócił cały i tym razem ma taki sam zamiar. Leci, sprawdzi i zaraz wraca.

Pokazy lotnicze w Warszawie (1939). Fot. NAC.
Punkt 14.00, w spokojną sobotę 21 marca 1931 roku, Zygmunt Puławski jest gotowy do startu. Wskakuje na miejsce, poprawia gogle, odpala silnik i gdy tylko wznosi się w powietrze, momentalnie wpada w tarapaty. Z balastem na pokładzie niestateczna amfibia totalnie wymyka mu się z rąk. Pilot szamocze się ze sterami i chaotycznie, bez jakiegokolwiek wpływu na zachowanie PZL.12, sunie zaledwie sto metrów nad Ochotą. Gdy po dwóch kilometrach katorgi wchodzi za kościołem św. Jakuba w głęboki wiraż, by jak najszybciej wrócić na mokotowskie lotnisko, z boku nadchodzi niespodziewany cios.

Poryw wiatru rzuca niepokorną maszynę w korkociąg, nieubłagana fizyka odrywa silnik i uwalnia z pasów betonowe fatum, a stratowany Puławski natychmiast – i za późno – rozumie swój największy błąd.

Katastrofa latającej amfibii PZL P.12. Zygmunt Puławski, pilot i konstruktor prototypowej maszyny, umiera w drodze do szpitala. Warszawa, 21 marca 1931 r. Fot. Edward Dulewicz / NAC.
Zygmunt Puławski (1901–1931). Fot. NAC.
Notka prasowa poświęcona tragicznej śmierci Zygmunta Puławskiego, pilota i konstruktora lotniczego wodnosamolotu PZL P.12. Źródło prasowe: „Kurjer Warszawski”, wydanie poranne. R. 111, 1931, no 83. Uwaga: międzywojenna prasa często popełniała błędy co do faktów, nazwisk, wydarzeń i dat – wobec wszelkich doniesień warto zachować ograniczone zaufanie i potwierdzać informacje w fachowych źródłach.
odkrywaj szczegóły
Notka prasowa poświęcona tragicznej śmierci Zygmunta Puławskiego, pilota i konstruktora lotniczego latającej amfibii PZL P.12. Źródło prasowe: „Express Kaliski”, R. 7, 1931, № 81. Uwaga: międzywojenna prasa często popełniała błędy co do faktów, nazwisk, wydarzeń i dat – wobec wszelkich doniesień warto zachować ograniczone zaufanie i potwierdzać informacje w fachowych źródłach.
Nekrologi zawiadamiające o śmierci i pogrzebie Zygmunta Puławskiego, pilota i konstruktora wodnosamolotu PZL P.12. Źródła prasowe: „Kurjer Warszawski” (R. 111, 1931, no 80 + dod. / 81 – wyd. poranne / 81 – wyd. wieczorne / 82 – wyd. wieczorne); Ziemia Lubelska (1931, R. 27, nr 81).
Franciszek Krzysztoń, „Pamięci lotnika” – wiersz upamiętniający Zygmunta Puławskiego, tragicznie zmarłego w katastrofie lotniczej 21 marca 1931 r. Źródło prasowe: „Ziemia Lubelska”, 1931, R. 27, nr 82.

Zygmunt Puławski i pech latającej łodzi

Tekst i koncepcja interpretacyjna: Ewa Kudłacz-Orciuch
Konsultacja merytoryczna: Adam Kudłacz
Zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna, Kurjer Warszawski (R. 111, 1931, no 79 / 80 / 81 / 82 / 83), Ziemia Lubelska (1931, R. 27, nr 81 / 82), Express Kaliski (R. 7, 1931, № 81)
Copyright © Heuro. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone
Jesteś tutaj: