Zygmunt Puławski i pech latającej łodzi
Dlaczego pionier utknął we wraku własnych ambicji?
W ciasnym zakręcie, nisko nad dachami warszawskiej Ochoty, nagły porywisty podmuch uderza w burtę latającej łodzi. Amfibia przechyla się z gwałtownym szarpnięciem, a impet siły bezwładności pcha po siedzeniu pasażera ciężkie betonowe bloki. Pasy stękają, strzępią się i ze świstem pękają. W okamgnieniu uwolniony z więzów prowizoryczny balast zsuwa się przytłaczającą masą osiemdziesięciu kilogramów wprost na drążek sterowy i nogi pilota.
Zygmunt miota się w bezsilnym bólu. Nic nie może zrobić. Nie ma żadnej kontroli. O włos mija kościelne wieże przy placu Narutowicza, a potem liczy tylko na fuks. Sto metrów. Osiemdziesiąt. Pięćdziesiąt. Pozbawiona sterowności i równowagi maszyna zadziera nos, traci nośność i z hukiem wali prosto w ziemię.
W zdruzgotanym krajobrazie biały fartuch prowadzi pióro po papierze bezdusznym gestem urzędnika. Imię i nazwisko: Zygmunt Puławski. Data: 21 marca 1931 roku. Godzina: 15.00 z minutami. O parę uderzeń serca wcześniej, w ostatnim przebłysku świadomości, lotnik mierzy się na progu ciszy z roztrzaskanymi myślami.
Jak mógł być taki głupi?! Geniusz uwięziony we wraku własnych ambicji! Dlaczego na przekór pakował się za stery? I co mu strzeliło do łba z tym cementem?!
Bo Zygmunt Puławski nie buduje pospolitych maszyn. Z odwagą pioniera i okiem do technicznych detali projektuje mewie skrzydło, podwozie nożycowe i nowatorskie samoloty myśliwskie, takie jak PZL P.1, P.6 i P.11.
Każdym osiągnięciem stawia milowy krok i kiedy wydaje się, że wyżej poprzeczki zawiesić się nie da, Puławski sam ją sobie podnosi. Tworzy coś, czego nie zrobił jeszcze nikt: pierwszy polski wodnosamolot PZL.12. Dokładnie ten, który niepostrzeżenie staje się początkiem końca.
Taki wybitny inżynier, a taki osioł! Gdyby tylko rozsądnie pomyślał! Gdyby poprawnie wykonał obliczenia. Gdyby nie igrał z przestrogami…
Dwie dekady wcześniej na Polu Mokotowskim książę Stanisław Lubomirski założył Warszawskie Towarzystwo Lotnicze „Aviata”. Zrzeszenie wciąga rodaków w wir podniebnych pokazów, szkoli pierwszych pilotów, rusza z budową własnych maszyn i otwiera wrota warsztatów przed każdym, kto pragnie w lotnictwie spróbować swoich sił. Więcej do szczęścia miłośnikowi awiacji nie trzeba.
Pewnego razu stęskniony Zygmunt Puławski żartuje, że gdyby miał latającą łódź, mógłby wylądować wprost u stóp ukochanej Hanny Henneberg.
Dlaczego latająca łódź ciągle gra mu na nosie?! Cóż, skrzydlata amfibia nie jest zwykłym samolotem. Budowę ma całkowicie inną. Silnik trzeba ochronić od wody, a tym samym zamontować go nie pod skrzydłami, lecz nad nimi, w gondoli na górze kadłuba. Ten konstrukcyjny szkopuł spędza Zygmuntowi sen z powiek, gdyż diametralnie zmienia rozkład sił, środek ciężkości i aerodynamikę maszyny. Istnieje też ryzyko, że w razie poważnych perturbacji napęd zamontowany w takim miejscu spadnie pilotowi prosto na głowę.
Zygmunt Puławski to niezrównany konstruktor, lecz kiepski pilot.
Po pięciu testowych oblotach staje się jasne, że amfibia Puławskiego ma problem ze statecznością podłużną.
Zygmunt sądzi, że to kwestia błędnego wyważenia, dlatego przed szóstym oblotem umieszcza na miejscu pasażera balast. Mocuje pasami betonowe bloczki o masie przeciętnego dorosłego człowieka. Trudno potem stwierdzić, ile dokładnie ich ładuje. Może sześćdziesiąt, może osiemdziesiąt kilogramów. W każdym razie mniej więcej tyle, ile mogłaby ważyć Hania z torbą podróżną i płótnami w drodze na plener malarski w Kazimierzu Dolnym. Poleciałaby dziś z nim, ale w ostatniej chwili coś jej wypadło. I dobrze. Lot testowy to nie zabawa, dlatego zamiast ukochanej podróżuje cement. Czyste szaleństwo? Z poprzednich prób Zygmunt wrócił cały i tym razem ma taki sam zamiar. Leci, sprawdzi i zaraz wraca.
Poryw wiatru rzuca niepokorną maszynę w korkociąg, nieubłagana fizyka odrywa silnik i uwalnia z pasów betonowe fatum, a stratowany Puławski natychmiast – i za późno – rozumie swój największy błąd.
Zygmunt Puławski i pech latającej łodzi
Konsultacja merytoryczna: Adam Kudłacz
Zdjęcia: Narodowe Archiwum Cyfrowe, domena publiczna, Kurjer Warszawski (R. 111, 1931, no 79 / 80 / 81 / 82 / 83), Ziemia Lubelska (1931, R. 27, nr 81 / 82), Express Kaliski (R. 7, 1931, № 81)
Copyright © Heuro. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone



















